Pani „Problem”

Pani „Problem”.

Weekend majowy nie sprzyja prowadzeniu bloga. Zwłaszcza gdy przez 5 dni było się poza domem. A po powrocie jest wiele zaległości, które należy nadrobić. Dodatkowo sytuacja kadrowa uległa pogorszeniu, a to powoduje natłok dodatkowych obowiązków. Nie jestem typem szefa, który wydaje polecenia i niechętnie brudzi ręce. Gdy sytuacja tego wymaga, biorę wózek i rozwożę przyjęty towar. Mój biznes i moje pieniądze, nie ma miejsca na sentymenty.

Jeśli czytasz wpisy na moim blogu w miarę systematycznie, to na pewno wiesz, że sklep który prowadzę znajduję się w najbliższej okolicy akademików. Maturzyści mają matury, a studenci Juwenalia. Czas imprez, a dla mnie wzmożonej sprzedaży. Głównie alkoholu i słonych przekąsek. Dlatego tak ważne jest, aby w tym czasie załoga była w komplecie.

3 kwietnia we wpisie pt. „Ludzie nie przestają zadziwiać”, pisałem na temat Pani „E”. Jej drugie imię powinno brzmieć „Problem”. I nie byłoby to na pewno na wyrost. Jeśli wrócisz do notatki z tamtego dnia, to zauważysz że zostały przekroczone pewne granice. To nie koniec tej historii. Dwa dni przed weekendem majowym pojawiłem się wieczorem, aby zamknąć sklep. Wszystkie trzy ekspedientki, które były w tym czasie na zmianie, miały mi coś do powiedzenia. Ewidentnie musiały się nawzajem podburzyć.

Z Panią „E” wywiązał się taki dialog:
– Szefie, nie umyłam dzisiaj podłogi.
– Wczoraj też nie umyłyście, co dzisiaj Wam przeszkodziło?
– Deszcz pada i klienci zaraz by ubrudzili.
– A jak będzie padało przez tydzień, to też nie będziemy jej myli?

Na takie pytanie, Pani „E” nie potrafiła odpowiedzieć. Potem padły jeszcze inne słowa, których już przytaczać nie będę. Jednak wszyscy zgromadzeni na sklepie wiedzieli, że nie mają nic wspólnego z prawdą. Delikatnie mówiąc, straciłem humor.
Kolejnego dnia wieczorem sytuacja się powtarza. Wchodzę do sklepu, a mina Pani „E” mówi: „jestem wściekła”. Idę na zaplecze, a ona za mną. Wywiązuje się dyskusja, pada sformułowanie: „że jak to ma tak dalej wyglądać, to ja się zwalniam”. Nie wytrzymałem kolejnej dyskusji o niczym. Im bardziej się denerwowałem, tym bardziej robiła to Pani „E”. Nie odpuszczała, rozmawiała (bardziej wykrzykiwała) jak ze starym kolegą. Dostała spazmów, drżące usta, łzy w oczach.

Kolejnego dnia otrzymałem smsa: „biorę urlop na żądanie”. Następnie jako jedyna z całej załogi miała 5 dni wolnego z rzędu. Liczyłem na to, że ochłonie, przemyśli sprawę i wyciągnie wnioski. Chyba się tak nie stało, nie przyszła do pracy. Poinformowała, tylko jedną z koleżanek ze zmiany, że idzie z córką do lekarza. Pracownik ma obowiązek w takiej sytuacji poinformować pracodawcę – ale powiedzmy, że tego już się nie czepiam. Kolejnego dnia przyszła z tygodniowym L4. Doszło do krótkiej rozmowy (już spokojnej), gdzie co prawda wskazała przyczynę swojego zachowania. Niestety jednak nie przeprosiła.

Do tej pory nie wiem, czy wróci do pracy. A jeśli nawet, to na jak długo. Nigdy nikogo nie skreślam, ale w tej sytuacji już nie wystarczą tylko moje chęci. Musi mieć je druga strona, zwłaszcza chęć do zmiany swojego zachowania i postawy.

One comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *