O złodziejach słów kilka

O złodziejach słów kilka.

Mijają kolejne dekady, nasze społeczeństwo się zmienia. Wbrew pozorom jesteśmy coraz bogatsi i żyje nam się lepiej. Wystarczy spojrzeć na ulicę, żeby zobaczyć jakimi autami poruszają się Polacy. Oczywiście można przedstawiać kontrargumenty, że nie jest wcale tak różowo. Jednak nie chciałbym o tym dyskutować, a o mentalności naszych rodaków.

Wcześniej przez 2 lata prowadziłem pub. Poza drobnymi incydentami, jak kradzież szkła (kufli do piwa, popielniczek) oraz kamery zewnętrznej, przymocowanej do ściany, nie doznałem fali kradzieży. Aktualnie od blisko 2 lat prowadzę sklep spożywczy, tutaj sytuacja jest diametralnie inna. Wiedziałem, że ludzie kradną. Informowano mnie o tym, zanim otworzyłem działalność. Ale nigdy nie zakładałem, że jest to na taką skalę. Wyobraź sobie, że tylko w zeszłym tygodniu na gorącym uczynku zostały złapane 4 osoby (cztery osobne incydenty). Ile jest takich o których nawet nie wiem, ciężko mi powiedzieć (i chyba nawet nie chcę wiedzieć).

Przyjmuję się, że ze sklepu o mojej powierzchni znika średnio około 100 zł/dzień. Co daje w skali miesiąca około 3000 zł strat, a rocznie około 36 000 zł. O ile kwota w skali dnia może nie robić wrażenia, tak już po 365 – może przyprawić o zawrót głowy.

Oczywiście takie ryzyko należy gdzieś wkalkulować, jest to jakby dodatkowy „koszt prowadzenia działalności”. Mogę się irytować, mogę wylewać żale, tylko pytanie co to zmieni? Czy nagle ta część społeczeństwa zmieni swoje podejście do życia? Czy nagle odzyskam utraconą kwotę? Myślę że, nie ma szans. Trzeba przyjąć świat jakim jest i próbować ograniczyć skalę działania. Pozbyć się tych osobników, którzy traktują salę sprzedażową jak swoją kuchnię czy lodówkę. Gdzie wchodzą jak po swoje i wychodzą.

Bezczelność niektórych złodziei przekracza jednak wszystkie granice. Weźmy najświeższy przykład. Ojciec z synem (dojrzali ludzi w wieku 50 i 30 lat), doskonale znani zarówno mi, jak i kasjerkom. Jedna z byłych pracownic mieszka z nimi w tej samej bramie. Znam ich dokładny adres! Co więcej, zostali już wcześniej przyłapani na tym jak kradną. „Ojciec” po tym incydencie przyszedł, przeprosił mnie osobiście. A za każdym kolejnym razem głośno się witał, podając rękę i zagadując. Pomimo tego nie stało nic na przeszkodzie, żeby załadować całą torbę „fantów”.

Czy tylko mi się wydaję, że jest to super bezczelne? Z jednej strony okazuje mi się szacunek i sympatię, zaś z drugiej sięga się do mojej kieszeni. Oczywiście przetrzepałem całą torbę, przeszukałem również jego kieszenie. Wyciągnąłem z nich: energetyka, karmę dla kotów, czekolady i konserwę. Syn w tym czasie kupował przy kasie dwa piwa i chrupki (wszystko z „dolnej półki cenowej”, w przeciwieństwie do grabionych fantów). Na pytanie kasjerki, czy zmierza zapłacić również za konserwę, którą trzyma w kieszeni zareagował konsternacją i oddaniem przedmiotu.

Po tym jak zobaczyłem, że i „syn” kradnie nie potrafiłem powstrzymać nerwów. Wywiązała się głośna dyskusja, w kieszeni na wszelki wypadek trzymałem gaz policyjny. „Syn” na sali sprzedażowej komentował, ale się powstrzymywał. Gdy tylko wyszedł za drzwi i oddalił się na bezpieczną odległość, nie szczędził wulgaryzmów i gróźb pod moim adresem (które jasno sugerowały, że powinienem uważać o swoje zdrowie).

Podsumowania nie mam, gdy tylko pomyślę o całym incydencie, zaczyna mi się podnosić ciśnienie. Pozostaje mi dbać o swój dobytek i systematycznie wyłapywać tych najbardziej bezczelnych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *